„Nie wiado­mo, dlacze­go wszys­cy mówią do kotów ty, choć ja­ko żywo żaden kot nig­dy z ni­kim nie pił bruderszaftu.”

Michaił Afanasjewicz Bułhakow

Bardzo lubię surrealizm, to jeden z moich ulubionych prądów w tak zwanej kulturze. Marzy mi się kuchnia surrealistyczna, malownicza z całą gamą dziwnych i pokręconych smaków i niespodzianek tworzona w realiach „Arizona Dream”. Wyobraźmy sobie błękitną pustynię, powiedzmy o świcie, kiedy niebo nakłada na siebie coraz bardziej wyraziste halki, a później mieni się falbanami czerwieni, purpury, żółci, bananów, pomarańczy. Wyobraźmy sobie latająca nad głowami wielkie ptako – krowy, albo lepiej świnie i jeszcze niech będzie – smoki, albo smoko – nietoperze. Wiatr uderza znienacka punktowo, porywa tumany kurzu, tańczy i wiruje jak sprawny przystojny tancerz macho z brylantyną robioną z winogrona trzymający w barczystych opalonych objęciach wielkiego kota rodem z powieści Bułhakowa i niech mu będzie kolor zielony. Zatem jesteśmy właśnie na tej pustyni, ubrani w to w czym nam wygodnie, lub nawet w to z naszych najskrytszych zakazanych fantazji i co jest ważne – czujemy się na tej pustyni zajebiście.

Jak Brat Pitt po pierwszej roli jak już wpłynęło mu na konto sto milionów dolarów zielonych amerykańskich i otworzył oszronioną butelkę Shipwrecked 1907 Heidsieck  za blisko trzysta kawałków tych samych dolców z matki zawsze dziewicy Ameryki. Jest dobrze. Nagle pstryk i mamy palenisko, godzina zbliża się powiedzmy dziewiąta, jesteśmy wyspani, nie mamy kaca i problemów egzystencjalnych. Nie czytaliśmy zeszłej nocy filozofów francuskich i pisarzy z odrodzenia egzystencjalizmu w Norwegii, przed chwilą zażyliśmy czegoś więcej niż kąpieli w lagunie jak w filmie „The Beach” i nasza przecież już zbrązowiała skóra pachnie dajmy na to olejkiem z kokosów. Mamy ogień i elegancko oporządzone palenisko, bowiem w dobie kuchenek mikrofalowych to właśnie jest upragnionym towarem deficytowym. Możemy zrobić sobie śniadanie, nawet…zupełnie nago, przecież jesteśmy na pustyni, a w tym odcinku nie ma jeszcze dronów, bo są smoko – nietoperze, ale niczego nie nagrywają. W tym odcinku nie istnieje inwigilacja na masową skalę, a Snowden jeszcze się nie urodził. Stajemy się mistrzami polowo – pustynnej kuchni. Zrobimy owsiankę z owocami, bo owsianka pomaga na serce, obniża poziom mitycznego cholesterolu, reguluje poziom niebieskiego promienia naszej aury znaczy cukru we krwi.

DSCN9040

Co ważne ułatwia wypróżnianie. Niejaki dr. Anderson ale nie ten z „Matrixa” wykazał, że w badaniach naukowych jego, co on zrobił – owsianka jest wykurwiście zdrowa i trzeba jeść. Z mojej strony ma tą zaletę, że można zrobić dużo i co najmniej dwa dni mieć z bani motanie się ze śniadaniem. Zdrowa, ekonomiczna – co więcej…a pomaga na zaparcia. W tych tam światach gdzie są urzędy skarbowe i smutne akademie szkolne to takie zaparcia można mieć codziennie. Ale tu! Tu! Na pustyni! Nie ma zaparć, ani wzdęć – jest co podkreślimy ponownie dla utrwalenia zajebiście. Mamy stół taki duży barokowy i deskę do krojenia i nóż i garnek i sobie robimy dobrze.

DSCN9026

Najpierw jabłka, gruszki i banany, nie obieramy, bo zdrowiej i żyć będziemy dłużej, to jest przemiana ziemi wrzucamy na rozgrzany garnek i dusimy możemy dodać rodzynki, bakalie, śliwki, banana to lepiej jednak obrać ze skóry, ale to jak chcemy. Później wsypujemy owsiankę w przemianie metalu i zalewamy wodą.

DSCN9029

To się tam robi na tym palenisku. A my widzimy karawanę złożoną z niemieckich ekspresjonistów na czele z „Niebieskim koniem”. Piją opium, palą absynt machają przegubami w naszą stronę a my też im machamy, ale nie zapraszamy ich na owsiankę, bo by nam wszystko zjedli i odjechali.

Dodajemy kilka kropel cytryny, jak już owsianka się ugotowała. Posypujemy temat zmielonymi orzechami włoskimi. Możemy dodać na przykład miód, albo syrop z agawy i macę i jagody goji – to są te magiczno – czarodziejskie składniki co nam podrasują temat i wniosą naszą owsiankę na pułap metafizyczny. Nakrywamy stół białym prześcieradłem królewskim z mrocznego zamku z odległych Karpat, ustawiamy krzesła w stylu późnego, albo spóźnionego pop artu i zapraszamy kota i macho na śniadanie. I w akcie tak zwanego apogeum dodajemy powidła własnej albo babcinej roboty.

Ptako – krowy nie lubią owsianki, a smoko – nietoperze kiedyś próbowały, ale im nie podeszło.

Dla nas, brylantowego macho i kota starczy nawet na jutro. Choć kot przed śniadaniem pali cygara i wali koniak.

Smacznego.

Reklamy
%d blogerów lubi to: