W tym wielkim, wielkim domu żyją dzieci, starcy, młodzi, wszyscy dzień w dzień zajęci swoimi sprawami, biegają to tu, to tam, kochają, nienawidzą, cali są jakby w uczuciach. Wokół jest bardzo dużo kolorów, zapachów w których miliardy drobnych, wydawałoby się banalnych spraw nabiera zupełnie innego wymiaru i znaczenia.

Mają oni na przykład dość specjalny i specyficzny stosunek do przedmiotów, które są dla nich jak żywe istoty i maja swoje specjalne miejsca w regałach, na półkach, pod stołem w szufladach. Koń z porcelany, drewniana łyżka, guzik, igły do szydełkowania – wszystkie to drobiazgi mieszkają tutaj wraz z ludźmi i zwierzętami. Z zewnątrz dom wygląda jak bajkowa makieta, dom dla lalek, oplatają go serpentyny winorośli, a z ogrodu śmieją się głowy słoneczników. Zaraz przy płocie siedzi babcia Felipa, która wygląda trochę jak strach na wróble z rondlem na głowie i podartą firanką zamiast sukni, a kiedy babcia Felipa pstryka palcami to zamiast deszczu z nieba spadają pestki dyni i słonecznika.

Życie biednych z pewnością nie jest nudne. Zawarte w tej książce opowieści odsłaniają przed nami świat przemocy i śmierci, cierpienia i niedostatku, niewierności i rozbitych domów, przestępczości, zepsucia i brutalnych działań policji, a także wzajemnego okrucieństwa tych ludzi wobec siebie. Ale jednocześnie są w tej historii i siła uczucia, i ludzka serdeczność, mocne poczucie własnej indywidualności, zdolność cieszenia się i nadzieja na lepsze życie, pragnienie zrozumienia i ciepła, gotowość dzielenia się tą skromną cząstką, jaka tym ludziom przypadła, i odwaga stawiania czoła wielu nierozwiązywalnym problemom. Tło dla tych dziejów stanowi vecindad Casa Grande, duży jednopiętrowy dom czynszowy w sercu Mexico City.

Lewis Oscar„Dzieci Sancheza”

 

Babcia Felipa zaprasza nas dziś na obiad. To będzie wydarzenie, bowiem chodzą słuchy, że to najlepsza kucharka w całym domu a jej potrawy to wytrychy wygasłych uczuć. Ludzie z miasta mówią, że Felipa ma chyba ze dwieście lat i widziała już wszystko – każdą wojnę i każdy ślub na całej ziemi. W jej pachnących olejkiem różanym pokojach są ponoć, tak gadają, tunele czasu! I ona po nocach łazi tymi tunelami, później wraca i siada na tej ławce przed domem i zakłada wielkie okulary słoneczne i siedzi. I patrzy. I nie mówi nic. Pokazuje, że mamy iść po schodach, które są tak dziwacznie powykręcane ni w pięć ni w dziesięć, a co drugi stopień siedzą dzieci, koty, szczury, króliki – matko przenajświętsza z Gwadelupy! Co za cyrk! Na drzwiach numery do góry nogami, dziwne hieroglify i symbole, na ścianach malunki takie kolorowe bazgroły – jakby kura pazurem, kogut dziobem!

O matko z Gwadelupy! Ta kuchnia! Pełno ptaków, latają, świergoczą! W garach pisklęta, w talerzach pióra. Kuchnia karmnik! Na samym środku wielka gliniana kuchnia, pod nią sterty drewna i gazet. Gazety są najlepsze na podpałkę, zwłaszcza strony o gospodarce i finansach palą się znakomicie. W glinianym garnku Felipa namoczyła czarną fasolę już wczoraj późnym wieczorem. Na wielkim stole widać ziemniaki, cebulę, awokado, pietruszkę, butelkę piwa pszenicznego…

Co to będzie, co to będzie?!

Najpierw wstawiła garnek w wodą posoloną i teraz obiera ziemniaki i marchew i kroi w talarki, później myje w wielkim żeliwnym zlewie i układa na metalowym durszlaku, który następnie kładzie do garnka z gotującą się wodą…

Aaaaaaaaaaaa, najsampierw fasolę wrzuciła. Ha! Znaczy się na parze robi!

 

DSCN9679-001

Teraz do takiego blendera co wygląda jak rower wrzuca pęka zielonych części pietruszki, dosypuje majeranek, wrzuca dwa obrane i wypestkowane awokado, zalewa oliwą, wrzuca dwie obrane czerwone cebule pokrojone w ćwiartki i cztery pokrojone (nie wyciśnięte) ząbki czosnku i sól. Wsiada na ten dziwaczny rower i zaczyna pedałować, co w rzeczy samej powoduje miksowanie tych wszystkich cudów. To ci sprytna babcia. To ci ma urządzenia. Oni tutaj nawet prądu nie mają, ani gazu, ani internetu. Wszystko robią manualnie. Ale ze sprzątaniem, to co jak co, ale pierdolca nie mają – raczej luz.

Felipa tymi swoimi pomarszczonymi rękoma, co wyglądają jak płaskorzeźby z muzeum antropologicznego ciacha nader szybko białą i czerwoną cebulę w pióra – ciach, ciach, ciach, ciach – cyk, cyk, cyk. Rachu, ciachu i po strachu. I cyk patelkę na ogień kładzie i olejem roślinnym polewa i czeka chwilę i już te cebulę tam wrzuca i chochlą traktuje bezpardonowo. Czosnku wrzuca pokrojonego, bo ponoć trzydzieści lat temu mówiła, że czosnku się nie wyciska bo to tortura dla niego straszna. Imbiru dodaje posiekanego drobno. Sól na koniec i duszenie jak w thrillerach noir z lat trzydziestych.

Sprawdza warzywa na parze, kiwa głową i odkłada żeby stygły w międzyczasie rzecz jasna. Bardzo mi się podoba zwrot „w między czasie” jest cudownie nieprecyzyjny i podoba mi się też „rzecz jasna” – rzecz jasna.

Fasola już ugotowana i odcedzona i nasza dość nawiedzona babcia wrzuca ją na tą uduszoną cebulę i całą resztę. Jeszcze soli tyci tyci i dodaje pokrojone w kostkę pomidory.

Jakby tego było mało, ona jeszcze coś robi! I to co! Miesza szklankę piwa pszennego dodaje majeranek i wsypuje szklankę mąki kukurydzianej i wlewa to do szklanki gotującej się wody dolewa kilka kropel oliwy i dwie łyżki oleju i dwa żółtka. Odstawia i studzi – później jak już ostygło dodaje białka i posypuje bazylią suszoną i dodaje szczyptę soli.

De heridas! Madre!

84aa277a5fd02a5f00034bbd44857581
„Jakiekolwiek jednak będą dalsze losy rebelii meksykańskiej prowincji, nie można jej odmówić zasługi powołania do życia etycznego i politycznego ideału o uniwersalnym charakterze: godzenia logiki równych praw z zasadą poszanowania dla różnorodności – najpierw z bronią w ręku, następnie metodami pokojowymi, w zależności od sytuacji, okoliczności, stosunku sił i możliwości adaptacyjnych wypracowanych dotąd strategii. „Chcemy być równi właśnie dlatego, że jesteśmy różni”, powtarzają jej dowódcy, każdy spod kominiarki, która stała się nieco szokującym symbolem dumy z własnej tożsamości.” link: http://monde-diplomatique.pl/LMD44/index.php?id=3
Reklamy
%d blogerów lubi to: