watermarked2016-12-03-0753-1
Oto w polskich księgarniach z nieustającymi promocjami pojawiła się jak uderzenie tłuczka książka odsłaniająca przed nami ciemne zakamarki gastrobiznesu w wydaniu polskim, ukazując zresztą trafnie jego polskość właśnie. Polska gastronomia – to ni mniej ni więcej – trzeci świat kulinariów, tępo bity schabowy i zarumieniona blondyna z lokami perorująca w telewizji o smakach z Wersalu na dożynkach we wsi pod Lublinem.

Sołtys redaktor programu i zaproszeni goście potocznie zwani „ekspertami” rozwodzą się i zawodzą w rytm pogodnej nic nie znaczącej pogadanki – kolorowanki na tematy jedzenia, zdrowia i żywienia w szkołach. Innym medialnym spektaklem są reality show w stylu Gordona, czyli zawody w imię chwały i tytułów i nagrody pieniężnej oraz stażu, oraz bardzo popularna formuła zrobię z twojej budy z hot dogami – pięciogwiazdkową restaurację. Tak w skrócie, bo czasy są jak wiemy szybkostrawne.

Generalnie rozdzielam rzeczywistość na przynajmniej dwa podstawowe elementy. Jest to mięso życia i opakowanie w jakim jest ono sprzedawane – czyli cały proces obróbki, te zabawne fikuśne zabiegi i strategie naddawania znaczeń oraz budowania całych rusztowań trendów i life stylowych kombinezonów jakie możemy nabyć i przyoblec. Tak naprawdę w życiu jemy, chodzimy, siedzimy i śpimy i…

Myślimy. Mózgogłowie to mój, jak łatwo się zorientować – najbardziej ulubiony temat ludzkiej aktywności. To stąd piszemy książki i mędrkujemy, to tutaj są uniwersytety i kabarety, to tutaj adresowany jest cały postmodernistyczny wirtualny czopek. Podziwiamy te dobrze wybetonowane czteropasmówki – autostrady intelektualistów, specjalistów, filozofów, autorytetów na autopilocie przełączających kanały przepracowanych mas odmulających przed odbiornikami – obornikami na polu uciech minimalnych pokolenia wifi.

„Gastrobanda. Wszystko, co powinieneś wiedzieć zanim wyjdziesz coś zjeść” Jakub Milszewski i Kamil Sadkowski przygotowali tu dla nas pisaną kuchennym językiem typowo polską książkę o typowo polskiej gastronomii dla typowo polskich czytelników. To troszkę jak typowo polski serial – kronika kryminalna wymiksowana z domem złym i obtoczona w panierce tartej ojczyźnianej mentalności kogucika i parówkowych biznesmenów spod Makro. Poznasz tajniki przewałek i próbki przechwałek – wysiedziane jajko – niespodziankę dla zaciekawionych Kryś, Mariuszów i Edyt bywalców restauracji, pubów i barów.

W moim odczuciu to modele biznesów jakie opisują autorzy „Gastrobandy” – to zmierzch tanich bogów, coraz bardziej widoczny rozkład w dobie fluktuacji paradygmatów i wzrostu ludzkiej świadomości, gdzie jest coraz bardziej widoczna potrzeba tworzenia modeli biznesowych opartych na przynoszeniu pożytku i wiedzy o prawdziwych kosztach fizycznych i psychicznych całego zaplecza kuchennego tak zwanej profesjonalnej gastronomii i realiów zglobalizowanego świata, którego modele ekonomiczne są na wyczerpaniu i wszystkie znaki na ziemi i niebie nakazują przedefiniowanie tych skostniałych i szkodliwych matryc. Nie ma drogi powrotnej do starych dobrych czasów.

Po długim zachwycie nad reklamą, folderem i komunikatem – dochodzi do nas prawdziwy koszt i rozumiemy już ponad wszelką wątpliwość, że stworzyliśmy patologię w której opakowanie kosztuje więcej niż produkt i więcej znaczy.

Jak w gastronomi. Idealna parabola. Wchodzisz. Siadasz. Patrzysz na folder – ładne zdjęcia i opisy. Pochodzi miła obsługa. Zamawiasz. Czekasz. Tam gdzieś, ktoś to robi. Nie ważne kto. Nie ważne jak. Nie ważne w jakich warunkach i za jaką cenę. Ma być. I jest. Zjadasz. Płacisz. Wychodzisz. Sytuacja w zasadzie bezdotykowa. Bezkolizyjna. Idealna.

Polska. Gastronomia to bardzo ciężka praca. To usługa. Obsługa. Za marne pieniądze w marnych warunkach, na śmieciowej umowie lub bez umowy. To wieloznaczne nadużycia ludzkiego ciała i ciał zwierząt. W imię czego? To pokręcone losy ludzi, którzy zebrani w jednym miejscu mają cie karmić. Ale czym?
To wiązanie końca z końcem w nieskończonym łańcuchu zależności. To urzędniczy i podatkowy koszmar przepisów i regulacji. Walka o byt. Zaspokajanie głodu pseudo sukcesem i prowizorką. Spożywamy produkty tego biznesu w formie potraw i ludzi, których sprowadził na twardy grunt realiów. Kuchnia to nader wszystko świadomość ile kosztuje przetrwanie. To realistyczne zajęcie i zarazem fundamentalne.

Osobiście robię to, bo chcę to robić. Widzę więcej niż gastrobanda i chadzam własnymi drogami. Coś się zmienia. Powstają inne miejsca, w których pojawiają się ludzie z świadomością. Lubię w tym połączenie konkretu z wieloma twórczymi aspektami. To wreszcie rola serca i prawidłowa funkcja mózgu, kiedy rozumiemy co robimy, uczymy się jak to robić dobrze i zaczynamy widzieć coś więcej niż kiszoną kapustę na koncie. Gastro to też radość bycia sobą, humor i ekipa ludzi, którzy robią coś razem. I jest coraz więcej takich ekip, którzy mają wizję pracy dla lepszego świata, dających coraz mniej jednorazowych opakowań i sloganów – są w każdej branży i działają. Nie mówią i nie myślą jak cię przyciąć i naciągnąć. To co robią robią uczciwie i zawdzięczają swojej pracy i pasji.

A ich praca to po prostu ich życie. Życie na planecie, gdzie wszystko i wszyscy zależy od siebie wzajemnie i na siebie wpływa. Gdzie koszty głupiego i krótkowzrocznego biznesu musimy spłacać wszyscy.

Reklamy
%d blogerów lubi to: