Pokarm – budulec stworzenia. Od zarania dziejów wzajemne pożeranie, żywe istoty chodzące potrzeby – czy jest jeszcze coś więcej? Jesteśmy w tym jednym z kwadratowych megamiast na obrzeżach zapadłej galaktyki, na dryfującej zdewastowanej nieskończonym głodem i pragnieniem planecie – hamburgerze z podwójnym serem. W środku mięso – siedem miliardów mózgów zmielonych przez medialną maszynkę i ubite religijno – politycznym tłuczkiem. Bita masa przez stulecia, wlewana do ciasnych form i wypiekana przez system kastracji – edukacji. Społeczeństwo Spektaklu z tą nabrzmiałą nadmiarem roponośną misją pożerania trawienia i wydalania obudziło się – jednak było już za późno.

Za późno.

Kiedy blisko pięćdziesiąt lat temu karnawał trwał w najlepsze i każdy z ssaczych zmysłów zajęty był nieustannym 24/7 trawieniem a sam ten akt stał się nową religią – byliście tacy pochłonięci, tacy zabiegani – i choć zwiastuny obecne były na każdym kroku – coś kurwa przegapiliście – to coś jest teraz waszym stanem powszednim. Poczekalnią. Wasze tak zwane dusze ginęły jak kolejne gatunki roślin i zwierząt – stając się martwymi pikselami na odłączonym kosmicznym monitorze. Zarządcy stada wiedzieli o wszystkim znacznie wcześniej, a obserwacja i nawigacja tym mało spektakularnym Upadkiem – była dla nich zabawą w boga. Bezlitosna natura tego Władcy Much przysłonięta pozornym zadowoleniem, ukryta za polityczno – kulturowo – religijnym spektaklem od czasu do czasu dawała o sobie znać w krwawych spazmach absurdalnych wojen i narastającej paranoi terroryzmu. Wasi lekarze pilnowali dawek, uważając by faza maniakalno – depresyjna zachowała odpowiednie tao. Wegetacja na granicy skrajności – pomiędzy idiotyczną i infantylną fazą narcyzmu a pozbawioną jakiejkolwiek nadziei depresją.

Normalność. Śmiechu Warte. Fermentujący rozkład. Futbol głupoty. Jebnięcie z woleja – czerwona kartka. Ławka rezerwowych. Krzywe na wykresach – góra, dół – już od tak dawna – raz za razem – pierwsze notowanie w krótkiej historii gatunku – rabunku. Będzie o jedzeniu, żarciu, pochłanianiu, pożeraniu, łaknieniu, trawieniu, przełykaniu, o ślinie, sokach trawiennych o ciemnych korytarzach jelit i krętych ulicach betonowych miast dogasających jak wolframowa chińska żarówka za złoty pięćdziesiąt. Jednak jeszcze wtedy, gdy żyliście w folderowo – reklamowym przesycie każdego podobnego dnia dokarmiani kolejną porcją glutaminianu prawie życia przeistaczając się w coraz bardziej mechaniczne zwierzęta spuszczone ze smyczy, bowiem nagle można było więcej, bardziej – wasze układy pokarmowe coraz bardziej mutowały, a mózgi stawały się potworami, których nie sposób było już nakarmić. Do pewnej granicy wydaje ci się, że masz czas – jednak, gdy już ją przekroczysz – sprawy zaczynają toczyć się niezwykle szybko i gwałtownie.

Ostatnia wieczerza. Skrzyżowanie jadłodajni dla ubogich z dyskoteką. Za stołem bełkoczący mesjasz bez dobrej nowiny. Pola sztucznych kwiatów u podnóża stolicy apostolskiej po której zostały jedynie pomniki jak wydmuszki i wyżarte jajka niespodzianki. Krew odpłynęła od serca do Mózgu. Bulgoczący sokami trawiennymi Jordan kiedy bomby jak gwiazdy zaranne roznosiły strzępy ciał istot takich jak wy.

Reklamy
%d blogerów lubi to: